Terapia, czyli jak pewnego dnia poczułam się dobrze

Kategoria:

Skończyłam 34 lata. Mam za sobą wiele chwil wartych zapamiętania, ale dopiero od kilku tygodni czuję, że naprawdę żyję.

Cotygodniowe opowiadanie pani Ani o moim życiu po dwóch latach zaczęło przynosić rezultaty.

Dziękuję, Agata, że byłaś wytrwała i dałaś sobie szansę.

Kiedy się idzie na terapię?

Tuż po tym, jak przy śniadaniu trzęsą się ręce i chce Ci się płakać, chociaż masz dach nad głową, zapewniony byt, a ludzie wokół Cię kochają.

Kiedy dociera do Ciebie, że to nie jest OK, żeby domyślnym stanem człowieka był strach i lęk bez wyraźnego powodu.

Kiedy Twój największy wróg mieszka w lustrze i masz ochotę się skopać.

A tak poza tym to można iść, jak się pojawi taka myśl – to wystarczy.

Waking in sweat again
Another day’s been laid to waste in my disgrace
Stuck in my head again
Feels like I’ll never leave this place
There’s no escape
I’m my own worst enemy…

Linkin Park, Given up

Gdy jesteś w takim stanie, odkąd pamiętasz, uczysz się z tym żyć i dobrze się maskujesz. Śmiejesz się do ludzi, działasz, nawet sama sobie wierzysz, jak dobrze ogarniasz życie. A że okazjonalnie nie chce się żyć? Nic wielkiego. Czasem boli serce i nie masz siły wstać. Z dnia na dzień wpadasz w czarną dziurę, ale to przecież nic takiego, bo za parę dni jest OK. Każdy tak ma, no nie?

Każdy ma wgrany chujowy software, który pracuje w tle i całe życie podpowiada, że jest się nikim? Każdemu się chce czasem nie żyć?

Ale ja nim mnie pożre lęk
Strzelę sobie w łeb
W tę piękną noc

Myslovitz, Zamiana

Można to zakrzyczeć, zaśmiać i zapracować. Byle się nad tym nie zatrzymać, bo jak to zrobisz, to koniec – pochłonie Cię czarna dziura. Której swoją drogą czasem pożądasz, fuck logic.

Podjęłam ryzyko, zatrzymałam się. Nie przeczę, rzeczywiście jest to chujowe. Ale wiesz co? Kiedyś minie.

Nie wiem kiedy. Ja się skupiłam na zbieraniu punktów

Wzięłam się z tym za bary inaczej niż zwykle – bez wypierania, zajechania, zapracowywania. Punkt dla mnie.

Nie uciekłam po pierwszym rozpłakaniu się przy obcej osobie i trafnych spostrzeżeniach terapeutki, które nie pasowały mi do wizji siebie. Kolejny punkt.

Tydzień ryku – też należy się punkt. Bóle głowy, trądzik, bezsenność albo zasypianie na siedząco, drżenia, otępienie, tonięcie we własnych smarkach, zapuchnięta twarz – pula się zwiększa.

Punkt za każde pojechanie na terapię mimo:

  • To nie ma sensu
  • Nie dam rady
  • To trwa tak długo
  • Ile jeszcze można przerabiać
  • Toż już było tak dobrze
  • A znowu szambo wybiło.

Za każde uwolnienie tego, co utknęło w ciele.

Punkt za dotarcie do momentu, w którym zorientowałam się, jak lęki hamują przed działaniem i jak wygodnie mi myśleć o sobie w kategoriach beznadziei. Jak bardzo wolałabym wrócić do poczucia bycia nikim, bo tam przynajmniej nie trzeba brać odpowiedzialności…!

Zapraszamy po odbiór nagrody

Okazuje się, że wszystkie zebrane wcześniej punkty pewnego dnia zmieniają się w czas, w którym jest… po prostu dobrze. W zwykły wrześniowy dzień orientujesz się, że czujesz się OK i nawet wizja katastrofy klimatycznej, wojny, śmierci, rozmowy z klientem albo jazdy autem nie powoduje palpitacji serca. A nawet jeśli powoduje – umiesz to ogarnąć.

I to jest, kurwa, takie święto!

Kilkuletni proces jest wart tego, żeby jeden pieprzony dzień czuć się dobrze!

Stajesz przed lustrem i stwierdzasz: nic do siebie nie mam – i naprawdę to czujesz. A nie dlatego, że na lustrze wisi przyklejona afirmacja.

Nie jesteś ani idealna, ani beznadziejna – jest sporo miejsca pośrodku i to miejsce jest całkiem przytulne.

Stajesz przed bliską osobą autentyczna, bez masek.

Masz słabe strony i nie musisz się za nie katować.

Jesteś tu i teraz, a nie w krainie swoich lęków.

Zdajesz sobie sprawę ze swoich błędów i bierzesz je na klatę.

Nie jesteś pępkiem świata, na który świat chce zrzucić wszystkie bomby.

A nawet jeśli zrzuci, to wiesz, że sobie poradzisz. Jeżeli nie poradzisz – poprosisz o pomoc. Jeśli i tak skiśniesz, to chociaż stwierdzisz: zrobiłam, co mogłam.

Wygrzebujesz się ze swojej ukochanej supermassive black hole i nie musisz nigdzie spierdalać, bo tu jest wystarczająco dobrze.

Ty jesteś wystarczająco dobra.

Możesz sobie być, a nie: zasłużyć na bycie.

Hold tight; you’re slowly coming back to life
I’ll be keeping your head up
I’ll be keeping your head up, darling
Let go of all your haunted dreams tonight
I’ll be keeping your head up
I’ll be keeping your head up, darling

Birdy, Keeping your head up

To ludzie tak żyją?

Takie nastawienie to dla Ciebie codzienność? Cieszę się Twoim szczęściem! To musi być zajebista jakość życia. Dla mnie to coś nowego i jestem dumna, że doprowadziłam do tego, by tak się poczuć 😀

Trochę szkoda, że szłam tak krętymi drogami, krzywdząc się po drodze tysiące razy. Ale wybaczam sobie – jak na takie oprogramowanie to i tak daleko zaszłam 😀 Teraz z czystym sercem mogę się przebranżowić na IT – poradzić sobie z takim malware to niezły wpis do CV.

A ten proces się jeszcze nie skończył 😉

Kiedyś w życiu bym nie pomyślała, że mogłabym obnosić się ze swoją terapią w internecie i kogo to obchodzi. Dziś mam zgodę na siebie i to jest moja cegiełka do autentyczności. Jeżeli dzięki temu tekstowi choć jedna osoba rozważy zaopiekowanie się sobą, to obnoszenie się ma sens.

No i nie wiem, czy gdyby nie ten tekst, słuchałabym właśnie po raz piętnasty Given up. Było warto!

Listy od Agaty

Za dużo presji w tworzeniu do neta?
Pozwól mi ją z Ciebie ściągnąć.
Zapisz się!

Wyrażam zgodę na przetwarzanie podanych danych w celu otrzymywania newslettera od Agaty Borowskiej. Szczegóły przetwarzania danych znajdę w polityce prywatności.